Szukaj na tym blogu

środa, 20 sierpnia 2014

ON / OFF

Wierzchowina zazwyczaj jest bezwietrzna lub muskana delikatnym wiatrem. Są jednak dni kiedy wpada na Górę Fen ( młodszy braciszek halnego ). Ten potrafi narozrabiać. W zależności od jego stanu rozbrykania narobi różnych szkód w naturze i zachachmęci w ludzkiej psychice. Nie wiedzieć czemu ludzie nagle robią się elektryczni a w powietrzu latają noże. Drugą skrajnością jest stan niczegoniechciejstwa. Człowiek najchętniej wcisnąłby przycisk OFF i zniknął w niebycie. Jeżeli można sobie na to pozwolić, najlepiej zakopać się w ściółkę z dobrą książką, filmem i kubkiem kakao, koniecznie z  dodatkiem bitej śmietany. Taki był wczorajszy dzień w towarzystwie wiatru. Napisał scenariusz łączący dwie skrajności - mieszanka iście wybuchowa… ;-) Po porannym galimatiasie, popołudnie OFF-owe. Nie wydarzyło się nic, nie zrobiło się nic i nie wymyśliło się nic. Poranna bomba pozostała niewypałem.
 
Ponieważ przyroda zazwyczaj dąży do równowagi, kolejny dzień nie próżnował i włączył ON. Rano powitało nas cichutkie beczenie i pomrukiwania Mamy Owcy. Na świat przyszło sierpniowe jagniątko. 
 
 
Trochę nietypowo ponieważ stado samo sobie wyregulowało cykl i wszystkie kocą się na początku wiosny. Maluch cieszy. Chociaż brak mu kumpli do zabawy za to ciepło i trawy dużo ( przypominam i nadmieniam tym co nie wiedzą, że likwidujemy stado i owieczki są na sprzedaż  ). 
Jagnię to nie jedyne młode w stodole. Oczywiście nie może się obyc bez jaskółek. Pod stropem dorasta drugi w tym roku lęg pisklaków.
 

Nareszcie wyjrzało też słońce. 
 
 
Wystarczyło kilka chwil w jego promieniach i marudzące do tej pory pączki róży La Reine Victoria rozkwitły w całej okazałości.
 
 
 
Oczywiście mali pomocnicy ogrodnika również ochoczo korzystają z ciepełka i drapią grzbiety o nagrzane kamyczki. 

 
 
Od jakiegoś czasu na Górze było wilgotno i stosunkowo ciepło. Teoretycznie grzybów powinno być w bród. Idąc z psami na spacer zawsze brałam siatkę lub koszyk. Chodziłam, szukałam – wracałam z jednym może dwoma i zazwyczaj robaczywymi. Poddałam się:
- albo nie wiem gdzie ich szukać,
- albo dostałam leśnej ślepoty i ich nie widzę,
- albo zawsze chodzę po kimś i wszystkie już wyzbierane.
Poszłam na spacer tylko z psami bez koszyka. Wróciłam z bluzą pełną grzybów :-) zebranych na jakiś kilkunastu m2. 
 
 
Widać w moim przypadku grzyby chcą być darem a nie obiektem polowań ;-). Teraz oczyszczone, nawleczone na nitki – suszą się.
 
  
Na święta wystarczy, gdyby natura nie była już łaskawa. Zmęczeni chodzeniem w kółko grzybiarze – posnęli. 
 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz